Lista egzekucyjna zdrajcy Armii Krajowej


Armia Krajowa, jako największa podziemna armia Europy, musiała zmierzyć się nie tylko z niemieckim okupantem, ale również z wewnętrznymi zagrożeniami, takimi jak zdrada i kolaboracja. Jednostki specjalne, w tym słynna "Osa"-"Kosa 30", miały za zadanie likwidować niemieckich dygnitarzy, konfidentów oraz przeprowadzać akcje dywersyjne. Rozbicie oddziału "Osa"-"Kosa 30" w czerwcu 1943 roku było jednym z najdotkliwszych ciosów zadanych Polskiemu Państwu Podziemnemu przez niemiecki aparat bezpieczeństwa.

"Osa"-"Kosa 30" była specjalną jednostką Armii Krajowej, przeznaczoną do likwidacji niemieckich dygnitarzy i konfidentów oraz akcji dywersyjnych i sabotażowych. Podlegała bezpośrednio Komendantowi Głównemu AK, a jej dowódcą był podpułkownik Józef Szajewski „Philips”. Miała na koncie wiele udanych akcji, dlatego każda informacja na temat oddziału, nie mówiąc już o schwytaniu jego żołnierza, była dla gestapo ogromnym sukcesem.

W sobotę 5 czerwca 1943 roku o godz. 12:00 w kościele św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży w Warszawie rozpoczął się ślub por. Mieczysława Uniejewskiego ps. „Marynarz”, oficera „Osy”-„Kosy 30”, występującego pod konspiracyjnym nazwiskiem Ludwik Raczyński, z siostrą żołnierza tego oddziału, Teofilą Suchanek. W uroczystości uczestniczyło blisko 25 żołnierzy oddziału, wśród nich por. Jan Papieski vel Papis ps. „Jerzy” (I zastępca komendanta), Aleksandra Sokal ps. „Władka” (łączniczka sztabu) oraz Andrzej Jankowski ps. „Jędrek” i Tadeusz Battek ps. „Góral” (żołnierze ośrodka krakowskiego, uczestnicy zamachu na Krügera). Udział tak wielu żołnierzy oddziału w uroczystości stanowił rażące pogwałcenie podstawowych zasad konspiracji. Wiele lat po wojnie wyszło na jaw, że nawet chłopcy z kościelnego chóru zdawali sobie sprawę, że na ślubie będzie obecna „ważna osoba z konspiracji”. Niemniej komendant „Osy”-„Kosy 30”, ppłk Józef Szajewski ps. „Philips”, wyraził zgodę na organizację uroczystości. Pod koniec ceremonii, gdy młoda para odeszła już od ołtarza, Niemcy przy użyciu znacznych sił obstawili kościół, a według niektórych źródeł także plac Trzech Krzyży wraz z wylotami pobliskich ulic. Nowożeńców zatrzymano w zakrystii, a pozostałych gości wezwano do wyjścia na zewnątrz świątyni, gdzie czekały już podstawione samochody ciężarowe. Zaskoczeni żołnierze „Osy”-„Kosy 30” nie stawiali oporu. Przewaga przeciwnika była zbyt duża, a poza tym nie można było wykluczyć, że weselnicy padli ofiarą przypadkowej łapanki, które w tym okresie stały się codziennością okupowanej Warszawy i nie omijały także kościołów. Zatrzymano łącznie 89 osób. Aresztowania uniknęli dwaj członkowie oddziału, Stefan Smarzyński ps. „Balon” i Antoni Suchanek ps. „Andrzejek” (brat panny młodej), którzy tuż przed rozpoczęciem uroczystości wyszli z kościoła, aby kupić film fotograficzny. Aresztowanych nowożeńców wraz z całym orszakiem weselnym przewieziono bezpośrednio na Pawiak. Tam Niemcy przeprowadzili szybką selekcję, po której zakończeniu zwolnili 33 osoby, co do których uznali, że nie były one związane z konspiracją (głównie osoby starsze oraz matki z małymi dziećmi).

Po upływie kilku dni niektórych więźniów aresztowanych w kościele św. Aleksandra kolejno wyprowadzono na więzienne podwórze. W czasie tego okazania bliżej niezidentyfikowany konfident wskazywał Niemcom osoby powiązane z Podziemiem. Według najbardziej rozpowszechnionej wersji, której autorem był Leon Wanat - więzień i kronikarz Pawiaka - owym zdrajcą był mężczyzna: „wzrostu średniego, szczupły, o śniadej cerze i ciemnych włosach”. Miał on w czasie „okazania” przebywać w pokoju przesłuchań, ukryty za framugą okna. Z kolei z datowanej na 1946 rok nieopublikowanej relacji łączniczki oddziału „Osa”-„Kosa 30”, Ireny Klimesz ps. „Bogna”, wynika, że tajemniczym konfidentem była kobieta. Dodatkowych informacji na temat przebiegu wydarzeń dostarczył raport z 9 czerwca 1943 roku, sporządzony dla SS-Obergruppenführera Krügera. Wynika z niego, że celem niemieckiej akcji było nie tyle zlikwidowanie „Osy”-„Kosy 30”, co schwytanie osób odpowiedzialnych za zamachy na Krügera i berliński dworzec. Niemiecki wywiad już wcześniej uzyskał informację, że 5 czerwca o godz. 12:00 w kościele św. Aleksandra odbędzie się ślub z udziałem ważnych osobistości polskiej konspiracji, w tym wykonawców wspomnianych akcji. Raport nie zdradzał tożsamości konfidenta, informował jedynie, że był on związany z zatrzymanymi i został potajemnie dowieziony na Pawiak, gdzie podczas konfrontacji wskazał trzy osoby: Mieczysława Uniejewskiego, Aleksandrę Sokal i Krystynę Milli ps. „Krysia”. Przy tej ostatniej znaleziono w dodatku notes, którego zapisy doprowadziły Niemców do Tadeusza Battka. Podjęto przeciw niemu grę wywiadowczą, wykorzystując w tym celu fakt, iż jego ojciec przebywał w niemieckim obozie jenieckim. Podobne działania podjęto także przeciw drugiemu wykonawcy zamachu na Krügera, Andrzejowi Jankowskiemu, w tym jednak wypadku zagrano na jego radykalnie antykomunistycznych przekonaniach.

Wsypa w kościele św. Aleksandra oznaczała rozbicie warszawskiego zespołu „Osy”-„Kosy 30”. Porucznik Mieczysław Kudelski ps. „Wiktor” umówił się na rozmowę z jednym z ocalałych żołnierzy, Stanisławem Jasterem ps. „Hel”. Do spotkania doszło około godz. 18:00 nieopodal rogu ulic Nowogrodzkiej i Kruczej. W pewnym momencie do rozmawiających „Wiktora” i „Hela” podjechał niemiecki samochód policyjny. Obaj Polacy zostali wciągnięci do pojazdu, który natychmiast odjechał w kierunku siedziby Gestapo w al. Szucha 25. Świadkiem tego wydarzenia miał być adiutant Komendanta Głównego AK, kpt. Ryszard Jamontt-Krzywicki ps. „Szymon”.

W swoich wspomnieniach pt. Cichy front Aleksander Kunicki informuje, że „Wiktor” najpierw przywitał się z „Szymonem” w kawiarni „Aperitif” przy ul. Nowogrodzkiej, gdzie mieli umówione spotkanie, po czym udał się na rozmowę z „Helem”, zapewniając, że potrwa ona jedynie około 15 minut. Z kolei z relacji „Szymona”, zawartej we wspomnieniach Emila Kumora (Wycinek z historii jednego życia), wynika, że „Wiktor” pojawił się na miejscu spotkania o godz. 17:45, po czym zwrócił się do właściciela kawiarni „Klemensa” Zakrzewskiego z prośbą, aby ten przekazał „Szymonowi”, by poczekał na niego jeszcze przez chwilę. Dziesięć minut później „Szymon”, który w towarzystwie Kazimierza Gorzkowskiego skręcał z Al. Jerozolimskich w ul. Kruczą, miał ujrzeć jadący ul. Nowogrodzką samochód Gestapo. Chwilę później zobaczył natomiast „Wiktora” i „Hela” stojących pod murem kamienicy pod strażą Niemców. O całej sprawie „Szymon” miał natychmiast poinformować Komendanta Głównego AK gen. Stefana Roweckiego ps. „Grot”. Daria Czarnecka zwraca jednak uwagę, że relacja kpt. Krzywickiego zawiera kilka wątpliwych informacji. Z miejsca, które wskazuje, nie mógł on bowiem ujrzeć niemieckiego samochodu.

Ocalali żołnierze „Osy”-„Kosy 30” twierdzili, że Armia Krajowa poczyniła pewne przygotowania do odbicia ich kolegów. Planowana akcja nie doszła jednak do skutku, gdyż Niemcy nie przewozili aresztantów na przesłuchania w siedzibie Gestapo w Al. Szucha, zamiast tego prowadzili śledztwo bezpośrednio na Pawiaku. Około 20 czerwca 1943 roku samobójstwo na Szucha popełniła brutalnie torturowana łączniczka sztabu, Aleksandra Sokal ps. „Władka”. Nad pozostałymi osobami zatrzymanymi w kościele pw. św. Aleksandra miał się odbyć sąd doraźny, któremu przewodniczył Ludwig Hahn. 17 września 1943 roku w ruinach getta warszawskiego Niemcy rozstrzelali dwunastu mężczyzn i dwie kobiety zatrzymane w kościele św. Aleksandra. Zginęli wówczas m.in.: Tadeusz Battek ps. „Góral”, Władysław Gabszewicz ps. „Władek”, Andrzej Jankowski ps. „Jędrek”, Mieczysław Jarmicki ps. „Korwin”, Andrzej Komierowski ps. „Andrzej”, Anna Janina Kośmińska ps. „Basia”, Krystyna Milli ps. „Krysia”, Jan Papieski vel Papis ps. „Jerzy”, Stefan Syrek ps. „Niusek”, Jerzy Trzaska-Durski ps. „Jurek”, Władysław Welwet ps. „Miś”. Kilka tygodni później rozstrzelano także pana młodego, Mieczysława Uniejewskiego. Pozostałych aresztantów deportowano do obozów koncentracyjnych lub ślad po nich zaginął. Do Auschwitz-Birkenau trafiła m.in. panna młoda Teofila Suchanek wraz z rodzicami (cała trójka przeżyła pobyt w kacetach). Porucznik „Wiktor” wkrótce po aresztowaniu zginął zamęczony na Szucha. W obliczu dekonspiracji i rozbicia oddziału dowództwo AK podjęło decyzję o jego rozwiązaniu, co nastąpiło pod koniec lipca 1943 roku. Dziesięciu ocalałych żołnierzy wcielono do oddziału „Motor 30”, do zespołu bojowego por. „Poli”. Po pewnym czasie część z nich przeniesiono do oddziałów partyzanckich.

Wieloletnią i emocjonalną debatę zapoczątkowały wspomnienia Aleksandra Kunickiego ps. „Rayski”, wydane w 1968 roku pod tytułem Cichy front. Autor odpowiedzialnością za rozbicie „Osy”-„Kosy 30” obarczył uciekiniera z Auschwitz-Birkenau i żołnierza tego oddziału, Stanisława Jastera ps. „Hel”. Sprawie tej poświęcił przy tym cały rozdział, zatytułowany Zdrajca. Znalazła się w nim m.in. informacja, że po raz pierwszy zaczęto analizować rolę, którą w tej sprawie odegrał „Hel”, po aresztowaniu „Wiktora”. Łączniczka Irena Klimesz ps. „Bogna” zeznała, że przejawiał on duże zainteresowanie kierownictwem oddziału oraz siecią jego punktów kontaktowych. Podejrzenia, które kontrwywiad żywił wobec Jastera, zamieniły się w pewność, gdy ten niespodziewanie powrócił do kolegów. Twierdził, że zaraz po aresztowaniu zdołał wyskoczyć z niemieckiego samochodu, otrzymując przy tym niegroźny postrzał w nogę. Oględziny lekarskie wykazały jednak, że rana pochodziła od pocisku kal. 7 mm, podczas gdy świadkowie aresztowania twierdzili, że eskorta uzbrojona była w pistolety maszynowe kal. 9 mm. Co więcej, rana była stosunkowo płytka, nie spowodowała naruszenia kości oraz zadana została z tak bliskiej odległości, że na jej obrzeżu widoczne były ślady prochu. „Hel” nie potrafił przekonująco wyjaśnić tych wątpliwości. W dodatku miał znaleźć się świadek, który twierdził, że widział Jastera wychodzącego o własnych siłach z siedziby Gestapo w Al. Szucha. W toku przesłuchań Jaster miał się załamać i przyznać do zdrady. To właśnie on miał wydać Niemcom uczestników uroczystości ślubnej, identyfikować zatrzymanych na Pawiaku, a później zastawić pułapkę na por. „Wiktora”. Rzekomo zeznał także, że jego ucieczka z Auschwitz została sfingowana przez Politische Abteilung (obozowe Gestapo) celem uwiarygodnienia go w kręgach podziemnych. Zapewniał przy tym, że pozostali trzej uciekinierzy nie byli świadomi jego zdrady. Kunicki konkludował następująco: Zdrajca i konfident Gestapo Stanisław Jaster pseudonim „Hel” wyrokiem sądu Armii Krajowej został skazany na śmierć.

Rok później Instytut Wydawniczy „Pax” opublikował wspomnienia zmarłego w 1957 roku ppłk. Emila Kumora ps. „Krzyś”, szefa wydziału specjalnego sztabu KG AK, w których autor zamieścił relację kpt. Ryszarda Jamontt-Krzywickiego na temat aresztowania por. „Wiktora” i przebiegu śledztwa w sprawie „Hela”. Oskarżenia pod adresem Jastera wywołały duże poruszenie wśród jego bliskich i znajomych, a także w środowisku kombatanckim. Sprawie tej poświęcono liczne artykuły prasowe (w tym na łamach gazet polonijnych), a także wiele wzmianek w literaturze historycznej i wspomnieniowej. Wiele listów i oświadczeń zostało ponadto skierowanych do prasy, wydawnictw, władz organizacji kombatanckich i Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau.

W trakcie debaty, która trwa z przerwami od 45 lat, obrońcy Jastera przedstawili szereg argumentów przemawiających za jego niewinnością. Argumentowano, że Kunicki i Kumor, którzy swym autorytetem zasłużonych oficerów AK uwiarygodnili oskarżenia wobec Jastera, w rzeczywistości nie uczestniczyli w śledztwie prowadzonym w jego sprawie, a wszystkie informacje mieli uzyskać - zresztą za pośrednictwem osób trzecich - od zmarłego w 1957 roku kpt. Ryszarda Jamontt-Krzywickiego. Zakwestionowano twierdzenia, iż ucieczka Jastera z obozu została zaaranżowana przez Gestapo, wskazując, że jej konsekwencją było aresztowanie jego rodziców (oboje zginęli w Auschwitz). Co więcej, zachowane niemieckie dokumenty nie tylko nie dostarczają żadnych dowodów na potwierdzenie tezy o sfingowanej ucieczce, lecz wskazują, że za zbiegami podjęto intensywny pościg, a ich nazwiska umieszczono w księgach osób poszukiwanych. Obrońcy „Hela” podkreślali, że choć był on członkiem Związku Organizacji Wojskowej utworzonego w Auschwitz przez rtm. Pileckiego oraz dysponował szerokimi kontaktami w warszawskiej konspiracji, to jego rzekoma zdrada nie spowodowała żadnych aresztowań w obozowym ruchu oporu, czy w innych niż „Osa”-„Kosa 30” stołecznych jednostkach AK. Wskazywali, że Jaster nie odpowiadał rysopisowi konfidenta z Pawiaka, a poza słowami Kunickiego i Kumora żadne dowody nie potwierdzają, aby kontrwywiad AK prowadził śledztwo w jego sprawie, lub by była ona rozpatrywana przez Wojskowy Sąd Specjalny. Wykazywali ponadto, że charakter ran, które odniósł podczas ucieczki z niemieckiego samochodu znajduje wiarygodne wytłumaczenie, a rzekome przyznanie się do winy mogło zostać wymuszone torturami.

Daria Czarnecka, która w swych książkach wydanych w 2014 i 2016 roku ponownie przeanalizowała dostępne dowody, w tym dokumenty archiwalne niebadane wcześniej w kontekście tej sprawy, konkluduje, iż nie ma mocnych dowodów na winę Staszka, co więcej - dużo świadczy na jego korzyść, oceniając jednocześnie, że dowody przeciwko niemu są poszlakowe.

Przedstawiciele okupacyjnej administracji, sił bezpieczeństwa, przemysłu, ale też polscy i ukraińscy kolaboranci - blisko 100 osób znalazło się na sporządzonej przez wywiad Armii Krajowej liście zbrodniarzy przeznaczonych do likwidacji. Więzienne korytarze i dziedzińce zwykle przemierzał w towarzystwie psa. Owczarek niemiecki wabił się Kastor i musiał być specjalnie szkolony. Wystarczyło bowiem kilka słów zachęty, a rzucał się na człowieka z obnażonymi kłami i pianą na pysku. Franz Bürkl, zastępca komendanta więzienia na Pawiaku, uwielbiał takie gry. Czerpał z nich trudną do wytłumaczenia radość. Pawiak sam w sobie uchodził za piekło. Ale z Bürklem na zmianie był jak piekło do potęgi. I dlatego właśnie Armia Krajowa postanowiła wziąć go na celownik. Wyrok na kata wydał podziemny sąd. Likwidacją zajął się Agat (od skrótu Anty-Gestapo), czyli oddział dywersji bojowej Kedywu Komendy Głównej AK. Samą akcję poprzedziły żmudne przygotowania. Najpierw akowcy ustalili rozkład jazdy i trasę ciężarówek, które dowoziły strażników na kolejne zmiany. Potem skupili się na wyłowieniu Bürkla z grona anonimowych esesmanów. Pomógł... pies. Pewnego dnia zaangażowany w obserwację Aleksander Kunicki „Rayski” dostrzegł, jak pod siedzibą gestapo w alei Szucha z wojskowej ciężarówki wysiada młody mężczyzna z wilczurem. Poszedł za nim. Okazało się, że esesman mieszka w kamienicy przy ul. Oleandrów. Wkrótce jego tożsamość potwierdził były więzień Pawiaka. Rankiem, 7 września 1943 roku, Bürkl wsiadł do auta, które z alei Szucha ruszyło w kierunku Pawiaka. Strażnik nigdy tam jednak nie dotarł. Krótko przed dziesiątą ciężarówka została ostrzelana u zbiegu Marszałkowskiej i Litewskiej. Zginęło ośmiu Niemców, w tym sam Bürkl. Kilka dni później Armia Krajowa ogłosiła sukces w podziemnym „Biuletynie Informacyjnym”. „Główki” były jedną z największych i najbardziej spektakularnych akcji podziemia. - Polegała ona na likwidacji szczególnie gorliwych niemieckich funkcjonariuszy, ale też polskich agentów, którzy się im wysługiwali - wyjaśnia Robert Springwald z Muzeum Armii Krajowej w Krakowie. - AK chciała wysłać okupacyjnym władzom jasny sygnał, że żaden zbrodniarz nie powinien czuć się bezkarny, a jednocześnie zdyscyplinować tych, którzy nawiązali kontakty z okupantem. Miała pokazać im, że kolaboracja po prostu się nie kalkuluje. Akcja miała też podnieść morale w szeregach samej konspiracji - wylicza historyk. Decyzję o rozpoczęciu działań podjął gen. Tadeusz Komorowski „Bór”, komendant główny Armii Krajowej. Najpewniej stało się to jesienią 1943 roku. Z drugiej strony najbardziej znanym śladem akcji w dokumentach pozostaje lista blisko stu osób przeznaczonych do likwidacji. Okólnik podzielony został na dwie części. Pierwsza nosiła tytuł: „Uderzenia zasadnicze”, druga zaś - „Uderzenia specjalne”. Każda zawierała nazwiska zbrodniarzy pogrupowanych według ich zawodowej aktywności. Oddzielne grupy stanowili przedstawiciele niemieckiej administracji, policji, przemysłu, instytucji propagandowych. Lista została sporządzona 20 lutego 1944 roku. - Jeśli uznamy, że operacja „Główki” formalnie ruszyła właśnie wówczas, to nie można do niej wliczać największych operacji tego typu polskiego podziemia, choćby akcji likwidacji Franza Kutschery czy Ludwiga Fischera. W tym ujęciu „Główki” należałoby uznać za kontynuację tamtych przedsięwzięć - przyznaje Springwald. Wydaje się jednak, że owo rozróżnienie nie ma większego znaczenia - cel i mechanizm działania AK przed i po 20 lutego 1944 roku były właściwie identyczne. Przestępcą wytypowanym przez podziemie zajmował się najpierw konspiracyjny sąd. Jeśli w procesie zapadał wyrok śmierci, sprawa trafiała do oddziałów specjalnych Armii Krajowej. Rozpoczynały się żmudne, nierzadko wielotygodniowe przygotowania do egzekucji. Akcje nie zawsze kończyły się powodzeniem. Po Bürklu szybko przyszła kolej na innych. 24 września 1943 roku w centrum Warszawy zginął August Kretschmann, zastępca komendanta obozu koncentracyjnego na Gęsiówce. Kula dosięgła go, kiedy rankiem wyszedł z mieszkania, by objąć służbę. 3 grudnia z kolei został zastrzelony August Hergel, przedwojenny pracownik warszawskiego przemysłu poligraficznego, a później volksdeutsch, który z ramienia okupantów nadzorował drukarnie. Był on na tyle gorliwy, że zaczął poważnie zagrażać wydawcom podziemnej prasy. Szczerze nienawidzili go zresztą sami drukarze, którzy próbowali go zgładzić zanim jeszcze zajął się tym oddział egzekucyjny AK. Po likwidacji jednego z zakładów, umieścili na uchylonych drzwiach solidny kamień. Kiedy Hergel wpadł do drukarni i popchnął drzwi, głaz runął w dół. W założeniu powinien był mu roztrzaskać głowę. Niemiec miał jednak mnóstwo szczęścia. Odruchowo zdołał się cofnąć, a kamień jedynie zmiażdżył mu stopę. Przed serią z karabinu nie zdołał się jednak uchylić. Tymczasem AK z każdym tygodniem celowała wyżej. 8 stycznia 1944 roku żołnierze podziemia zaatakowali kolumnę pojazdów, w której poruszał się Ludwig Fischer, osławiony gubernator dystryktu warszawskiego. Akcja przeprowadzona na leśnej drodze w pobliżu Wawra nosiła kryptonim „Polowanie”. Nieprzypadkowo, bowiem Fischer miał zostać zlikwidowany, kiedy wraz z innymi dygnitarzami wyruszył postrzelać do grubego zwierza. Operacja spaliła jednak na panewce. Kierowca samochodu, który otwierał kolumnę, słysząc strzały przytomnie wcisnął gaz. Auto przerwało rozciągniętą w poprzek drogi stalową linę i utorowało pozostałym drogę ucieczki. Fischer wyszedł z opresji bez szwanku. Miał pożyć jeszcze kilka lat. Skończył na szubienicy, po tym jak w 1947 roku warszawski sąd skazał go na śmierć. Wielkim sukcesem okazała się za to „Akcja Kutschera”. 1 lutego 1944 roku żołnierze AK zdołali zastrzelić SS-Brigadenführera Franza Kutscherę, dowódcę SS i Policji na dystrykt warszawski. Był to najwyższy rangą funkcjonariusz aparatu niemieckiego terroru, którego kiedykolwiek zlikwidowało polskie podziemie. Zadanie zostało zrealizowane w biały dzień, niemal dokładnie naprzeciw siedziby, w której Kutschera na co dzień rezydował. Akcje likwidacyjne trwały niemal do wybuchu powstania warszawskiego. Jeszcze w lipcu, w odstępie dokładnie tygodnia, oddziały podziemia uderzyły w esesmana Karla Freudenthala, starostę powiatu garwolińskiego, Wilhelma Koppe, wyższego dowódcę SS i policji w Generalnym Gubernatorstwie oraz Ernsta Dürrfelda, mianowanego przez Niemców komisarza warszawskich przedsiębiorstw miejskich. Pierwszy z nich zginął, kolejni dwaj zostali ranni. Łącznie w ciągu niespełna roku żołnierze AK przeprowadzili kilkadziesiąt akcji po wyrokach podziemnych sądów. Oczywiście każda pociągała za sobą określone koszty społeczne. - Niemcy odpowiadali represjami, które zazwyczaj dotykały cywilów - przyznaje Springwald. W odwecie za śmierć Bürkla okupanci rozstrzelali blisko 40 więźniów Pawiaka. Z kolei reakcją na zastrzelenie Kutschery były masowe aresztowania i egzekucje, w których zginęło co najmniej 300 warszawian. Niemcy nałożyli też na mieszkańców potężną kontrybucję. „Grota” wydali swoi - żołnierze podziemnego wywiadu, którzy jeszcze do niedawna rozpracowywali Niemców dla Związku Walki Zbrojnej (ZWZ) przemianowanego później na AK. Jeden z nich, Ludwik Kalkstein, został etatowym pracownikiem gestapo. Kilkanaście samochodów z funkcjonariuszami niemieckiej policji zajechało 30 czerwca 1943 r. około godz. 10 rano przed warszawską kamienicę przy Spiskiej 14. Obstawili klatkę schodową oraz ulicę. Na dachach okolicznych kamienic rozstawili karabiny maszynowe i wyprowadzili na zewnątrz mieszkańców. Wyglądało to na typową łapankę, jakich wiele doświadczyła okupowana stolica. Ale tym razem gestapo przyjechało po konkretnego człowieka - mieszkającego na pierwszym piętrze pod numerem 10 ziemianina z Lubelszczyzny Jerzego Malinowskiego. Nazwisko i dane były fałszywe. Tej przykrywki używał dowódca Armii Krajowej, gen. Stefan Rowecki „Grot”. „Grota” wydali swoi - żołnierze podziemnego wywiadu, którzy jeszcze do niedawna rozpracowywali Niemców dla Związku Walki Zbrojnej (ZWZ) przemianowanego później na AK. W 1939 r. 19-letni Ludwik Kalkstein mieszka wraz z rodziną na warszawskim Mokotowie. Od dzieciństwa karmiony jest rodzinną patriotyczną historią o swoim przodku, pułkowniku Ludwiku Chrystianie Kalksteinie-Stolińskim, po którym nosi imię. Ten arystokrata z Prus Wschodnich wystąpił przeciw elektorowi brandenburskiemu i został z jego polecenia stracony. Przed egzekucją wysłał list do żony. Domagał się, aby wychowała ich synów na Polaków. Na podstawie losów Kalksteina-Stolińskiego nakręcono serial „Czarne chmury”, bijący rekordy popularności w latach 70. Tyle że w nim bohater nazywa się Dowgird, a historia kończy się happy endem. Na razie jednak jest wrzesień 1939 r. i Ludwik walczy z bronią w ręku, zostaje ranny w stopę. Koniec wojny obronnej zastaje go w Wilnie, ale wraca do Warszawy, gdzie pochłania go działalność konspiracyjna. Wciąga się do roboty wywiadowczej w ZWZ, szybko pnie się po szczeblach hierarchii i zdobywa zaufanie przełożonych. Jest świetnym organizatorem, tworzy własną grupę wywiadowczą pod kryptonimem „H” - od pierwszej litery swojego pseudonimu „Hanka”. Organizacja Kalksteina słynie ze skutecznych akcji. Dzięki podsunięciu szefowi kancelarii Luftwaffe w Warszawie jednej z agentek AK, z którą ten nawiązuje romans, udaje się wykraść z sejfu placówki mapę z lokalizacją wszystkich lotnisk niemieckich w okupowanej Europie. Jeszcze większym osiągnięciem jest pozyskanie agentki „Eriki Dwa”. Pod tym kryptonimem kryje się Sława Mirowska, kochanka Alberta Fassenbendera, wysokiego rangą oficera SS. Mirowska zgadza się na współpracę, ale pod warunkiem, że będzie szpiegować dla Brytyjczyków. Na spotkanie z nią Kalkstein zabiera członka swojej grupy, Janusza Dziewońskiego, aktora, ojca Edwarda Dziewońskiego. Mirowska zgadza się na współpracę i po niedługim czasie przynosi prawdziwą sensację - relację z wizyty w Wilczym Szańcu, kwaterze głównej Hitlera w Kętrzynie! W grudniu 1941 r. za ten sukces oraz za stworzenie skutecznie działającej siatki wywiadowczej Kalkstein otrzymuje Krzyż Walecznych. Blanka Kaczorowska jest młodsza od niego o dwa lata, ma urodę gwiazdy filmowej, wyróżnia się też niesłychaną odwagą. Od pierwszych dni okupacji działa w siedleckiej konspiracji. Lokalna jednostka wywiadu ofensywnego, słynnego „Straganu”, kieruje ją do pracy w kantynie niemieckiej w Siedlcach. Wkrótce piękna Polka nawiązuje romans z oficerem Wehrmachtu, Johannesem Berentem. Przekazuje podziemiu uzyskane od niego wiadomości. Ale jednocześnie nie potrafi ukryć zauroczenia przystojnym Niemcem. Ten opowiada Blance o domku w pomorskiej miejscowości, w którym zamieszkają po wojnie. Wkrótce potem, gdy narzeczeni siedzą w kawiarni i snują wspólne plany, do lokalu wpada gestapo. Blanka wie, że przyszli po nią. Niemiec jest zdenerwowany, ale nie zaskoczony. Od dawno podejrzewał ukochaną o kontakty z AK. Od razu zaczyna staranie o uwolnienie niedoszłej żony, co w końcu mu się udaje. Ale nie oznacza to ponownego połączenia się kochanków. Dowództwo AK w Siedlcach uznaje, że dla Kaczorowskiej jest zbyt niebezpiecznie, i nakazuje jej wyjazd do Warszawy. Kalkstein i Kaczorowska tracą dla siebie głowę. Wprowadzają się do mieszkania przy al. Niepodległości. I w nim właśnie w kwietniu 1942 r., kiedy są jeszcze w łóżku, znajduje ich ojciec Kalksteina z jego siostrą Niną. Przyszli poinformować, że w ręce gestapo wpadł jego brat cioteczny. Ludwik wybiega zdenerwowany do konspiracyjnego lokalu na Opoczyńskiej 4. Jak potem twierdzi, zapomniał i trucizny, i pistoletu. Czy był poddawany torturom na Szucha? Niewątpliwie. Gestapo ma w ręku jego rodziców i siostrę. Kalkstein mówił, że w jego obecności poddawano ich torturom. Wkrótce bierze się za niego Untersturmführer Erich Merten. Ten esesman jest przebiegły. Pokazuje Ludwikowi ulotkę NSDAP o starych, niemieckich rodach w Prusach Wschodnich. Na pierwszym miejscu są Kalksteinowie. Na początku nie robi to na akowcu wrażenia. Więcej - w ogóle nie przyznaje się do działalności wywiadowczej. Stara się zachować milczenie. Można się domyślać, kiedy „pęka” - na początku sierpnia 1942 r. Ale dzieje się też coś niezrozumiałego i zaskakującego: Kalkstein wyznaje, że czuje się Niemcem. Na Szucha wywołuje to sensację. Ale Merten stawia mu warunki: rodzina będzie wolna, jeśli nakłoni do współpracy Eugeniusza Świerczewskiego (nie został aresztowany w czasie wsypy „Hanki”, zapewne było to działanie celowe). I staje się rzecz niebywała. Doświadczony oficer, jakim był Świerczewski, przed wojną człowiek o nieposzlakowanej opinii, w ciągu jednego spotkania zgadza się przejść na stronę gestapo. Merten jest wniebowzięty. Wie, że Świerczewski jest kluczem do pojmania „Grota” Roweckiego. Obydwaj znają się ze służby w wojsku w 1920 r. Rodzina Kalksteina zgodnie z obietnicą wychodzi na wolność. Ojciec i córka nie dochodzą jednak do siebie po torturach. Za to nowy nabytek gestapo zachowuje się, jakby był w swoim żywiole. Oficjalnie Ludwik Kalkstein umiera. Farbuje włosy na blond, zakłada okulary i wychodzi z Szucha jako Paul Henschel, Niemiec. Jest volksdeutschem i agentem gestapo V-97. Pierwsze kroki kieruje do ukochanej. Kaczorowska jest przerażona. Nie dlatego, że Niemcy ogłosili śmierć jej narzeczonego, ale dlatego, że go nie poznała i myślała, że w końcu przyszli po nią. Płacze, a Ludwik ją uspokaja. Być może mówi jej to samo, co potem po wojnie: to tylko przebranie, gra. Bo prawdziwym celem jest zamach na Hitlera. Nie wiadomo, czy tak właśnie ją przekonywał, ale ciągle aktywna agentka wywiadu AK zgadza się na ślub z Kalksteinem i pracę dla gestapo. Mieszkają razem - m.in. w Miedzeszynie i przy ul. Śniegockiej w Warszawie, która w czasie wojny była „nur für Deutsche”. Blanka jest szczęśliwa. Martwi ją tylko, że Ludwik zaczął dużo pić. 30 czerwca 1943 r. na Solcu w Warszawie Świerczewski, już agent gestapo V-100, zauważa znajomą twarz: to Stefan Rowecki. Zaczyna go śledzić, wsiada za nim do tramwaju. Kiedy docierają na Słupecką, biegnie do najbliższej budki telefonicznej i dzwoni do Mertena. Niemal rok później Świerczewski idzie na spotkanie z szefem akowskiego wywiadu do zakładu stolarskiego przy Krochmalnej 74. Nie wie, że to zasadzka. AK odkryła jego zdradę i na miejscu czeka grupa egzekucyjna. Przedtem odbywa się przesłuchanie. Świerczewski przyznaje się do wydania „Grota”. Ujawnia, że pracował w siatce zorganizowanej przez Kalksteina. Przesłuchujący chcieliby ustalić jeszcze więcej szczegółów, ale nie mogą. W centrum okupowanej stolicy w każdej chwili grozi wpadka. Na Kalksteina i Kaczorowską podziemie wydaje wyrok. Zdrajczynię dopadają likwidatorzy z AK, jednak odstępują od egzekucji, bo kobieta jest w zaawansowanej ciąży. Pod koniec wojny udaje im się zniknąć z nowymi dokumentami. Jednym z zadań kontrwywiadu AK była likwidacja wrogów wewnętrznych. Do takich zaliczali się zdrajcy, konfidenci, volksdeutsche i inne osoby kolaborujące z Niemcami czy wysługujące się władzom okupacyjnym. Z komórkami kontrwywiadu współpracowało polskie sądownictwo podziemne, którego celem była prawna ochrona armii podziemnej oraz polskiego społeczeństwa, zwalczanie zdrady, delatorstwa i demoralizacji oraz pospolitej przestępczości. Początkowo sądownictwo podziemne działało w ramach Sądów Kapturowych, które następnie przekształciły się w Wojskowe Sądy Specjalne funkcjonujące przy komendach okręgowych. Obok sądów funkcjonowała również prokuratura, która rozpatrywała przypadki naruszenia prawa i wszczynała postępowanie na rozkaz komendanta okręgu. Rozkaz wydawany był po ewentualnych wnioskach ze strony oficerów kontrwywiadu lub wywiadu wewnętrznego. Następnie postępowanie prowadzono podobnie jak przed wojną, czyli przesłuchiwano świadków, pozyskiwano dowody oraz zbierano pełną informację wywiadowczą. Po przekazaniu dokumentacji prokuratorowi, mógł on cofnąć sprawę do uzupełnienia albo sporządzić akt oskarżenia. Akt kierowany był do WSS, po czym sąd wydawał wyrok uniewinniający, zasądzający karę więzienia bądź też skazujący na śmierć. Kara śmierci musiała być zatwierdzona przez komendanta okręgu. Po uzyskaniu zgody wyrok trafiał do dowódcy plutonu egzekucyjnego, który następnie wraz ze swoimi ludźmi zajmował się jego wykonaniem.

Jednostka specjalna "Osa"-"Kosa 30" była kluczowym elementem aparatu represji Armii Krajowej, a jej rozbicie stanowiło poważne zagrożenie dla struktur podziemia. Debata na temat roli Stanisława Gustawa Jastera "Hela" w tych wydarzeniach trwa do dziś, a dostępne dowody i relacje historyczne wciąż budzą kontrowersje.

Mapa Warszawy z zaznaczonym kościołem św. Aleksandra

tags: #list #egzekucyjny #zdrajcow #armii #krajowej

Popularne posty: