Franciszek Smuda, postać barwna i kontrowersyjna w świecie polskiej piłki nożnej, przez lata budził skrajne emocje. Jego kariera, zarówno jako zawodnika, jak i trenera, obfitowała w momenty chwały, ale także w trudne chwile i niepowodzenia. Droga Smudy od skromnych początków na Śląsku, przez grę w Legii Warszawa, aż po życie po zakończeniu kariery, jest fascynującym obrazem losów człowieka, który żył piłką na swoich zasadach.
Wyśmiewano się z niego, że w świecie polskiej piłki jest Nikodemem Dyzmą. Franciszek Smuda niewiele sobie robiąc z tej dyskredytującej w środowisku piłkarskim opinii parł do przodu i jak gdyby nigdy nic zaczął w pewnym momencie pracę na najwyższym trenerskim stanowisku w kraju. Życie Smudy - piłkarza i trenera - w wielu etapach przeplatało się z dziejami obydwu klubów. Czy jednak z korzyścią dla wszystkich stron? Przy okazji czwartkowej konfrontacji Widzewa i Legii w PKO Bank Polski Ekstraklasie, wspominamy „Franza”, który zmarł 18 sierpnia 2024 roku.
Kiedy mówi się o konfrontacji Widzewa Łódź z Legią Warszawa, na usta ciśnie się nazwisko człowieka, który niewątpliwie zapisał się w historii obydwu klubów - fakt, że jednego więcej, drugiego zaś trochę mniej. Postanowiliśmy sięgnąć do archiwów „Naszej Legii” sprzed dekady i odkurzyć nieco sylwetkę Franciszka Smudy, który urodził się i wychował w niewielkiej śląskiej miejscowości Lubomia, położonej niedaleko Wodzisławia Śląskiego.
Trudno w to uwierzyć, ale koledzy z rodzinnych stron, którzy pamiętają Smudę jeszcze z czasów ich wspólnej gry w Unii Racibórz są zdania, że osiągając coś w życiu zaczął się wstydzić skąd pochodzi. „On o naszej wiosce nigdy nie mówi, jakby chciał ukryć swoje pochodzenie” - powiedział o Smudzie na łamach jednej z gazet kolega z boiska, z którym zaczynał kopać piłkę.
Mając 19 lat Franek zmienił barwy klubowe, ponieważ - według pamiętających tamte czasy - na dalszą grę w Unii był... za słaby. Przenosząc się do sąsiedniego Wodzisławia przywdziewał niebiesko-czerwoną koszulkę Odry. Dla chłopaka z Lubomii był to ogromny skok, bodziec do dalszej pracy i szansa zaistnienia w poważnym futbolu. Mówiono o nim, że jest niczym nie wyróżniającym się piłkarskim „rąbajłem”. W środku obrony wystawiano go nie tyle ze względu na piłkarski kunszt, co na wzrost i siłę. Napastnikom drużyn przeciwnych ciężko było go przewrócić, potrafił też mocno kopnąć piłkę. Jego filozofia gry była więc prosta - wykopywać futbolówkę jak najdalej do napastników.
To co było dobre w Odrze Wodzisław, nijak się miało w wyższej klasie rozgrywkowej, do której Franciszek trafił przechodząc kolejno do Ruchu Chorzów (niecały sezon w 1970 roku) i Stali Mielec. „Jeżeli sobie dobrze przypominam, pobyt Franciszka Smudy w Stali Mielec był krótkim, niewiele znaczącym epizodem. Franek trafił do nas w czasie, kiedy w Stali tworzyła się potężna drużyna na miarę mistrza Polski. Ale on odstawał. Był przeciętnym, niczym nie wyróżniającym się zawodnikiem, dlatego zdecydowanie przegrywając rywalizację w obronie z Krzyśkiem Rześnym i Marianem Kosińskim, postanowił odejść” - mówi były zawodnik Stali Mielec Witold Karaś.
Kończąc wątek pierwszego okresu piłkarskiej kariery Smudy w Polsce należy wyjaśnić, że ogromny wpływ na jego dalsze losy miały kłopoty zdrowotne. Zaczęło się od poważnej kontuzji kolana, po której trafił na leczenie w znanym ośrodku w Piekarach Śląskich. W tym samym czasie przebywało tam kilku innych piłkarzy, między innymi były legionista, będący wówczas zawodnikiem Avii Świdnik Janusz Żmijewski. „Tam to się dopiero działy rzeczy, z których można by stworzyć fabułę niezłej komedii. Los zrządził, że w tym samym czasie do Piekar trafiła spora grupa piłkarzy - Włodek Lubański, Zygmunt Anczok, Jan Wraży, Franek Smuda, ja i kilku innych. Boże, co tam się działo! Ordynator i cały personel składali ręce do Boga, byśmy jak najszybciej wyzdrowieli i skończyli rehabilitację” - wspomina ze śmiechem ówczesny pobyt w Piekarach „Jojo”.
Uraz Smudy okazał się na tyle poważny, że uznano, iż zawodnik powinien wziąć rozbrat z piłką. Dlatego - chociaż wówczas w Polsce obowiązywał przepis zezwalający piłkarzom na zagraniczny wyjazd dopiero po osiągnięciu 30 lat - Smudzie nie stwarzano problemów, godząc się na wyjazd do Stanów gdy miał lat „zaledwie” 28. Za Oceanem trafił do polonijnej drużyny Wisła Garfield. Grał tam w piłkę, ale na wiele nie mógł sobie pozwolić, bo na przeszkodzie stały pieniądze. Franciszkowi Smudzie się nie przelewało. Przeżywał trudne chwile. Mając na głowie rachunki do zapłacenia, pracował przy układaniu posadzek. Na szczęście nie trwało to długo, ponieważ wyróżniający się na amerykańskich boiskach „Franz” zwrócił na siebie uwagę wysłanników drużyny piłkarskiej występującej w zawodowej lidze NASL, Hartford Bi-Centennials.

W czerwcu 1975 roku kadra trenera Kazimierza Górskiego wyruszyła na trzytygodniowe tournee po Ameryce. 14 czerwca z lotniska Okęcie, o godzinie 7., reprezentacja Polski samolotem Lot-u poleciała do Nowego Jorku. Na jego pokładzie - co okazało się bardzo istotne dla dalszych piłkarskich losów Smudy - znajdował się trener Andrzej Strejlau, który w tamtym czasie pełnił równorzędnie funkcję asystenta trenera pierwszej reprezentacji Kazimierza Górskiego i trenera pierwszoligowej Legii.
Po wylądowaniu w Nowym Jorku drużynę Górskiego czekał pierwszy mecz na ziemi amerykańskiej - w oddalonym od tej metropolii o 170 kilometrów mieście Hartford. Premiera wypadła wprawdzie pomyślnie dla reprezentacji Polski, która w obecności 10. tysięcy widzów (co jak na ówczesne zainteresowanie piłką w Ameryce było bardzo dobrym wynikiem) pokonała rywala 2:0 po golach Kazimierza Deyny i Andrzeja Szarmacha. Niemniej grającego w drużynie z Hartfordu stopera Franciszka Smudę wypatrzył asystent trenera Górskiego, Andrzej Strejlau. „W drużynie Hartfordu moją uwagę zwróciło dwóch zawodników. Uznany w piłkarskim świecie były napastnik reprezentacji Włoch, Giorgio Chinaglia, znany powszechnie jako 'Krzywa szyjka' i stoper Franciszek Smuda” - mówi jego „odkrywca” Andrzej Strejlau. „W tym spotkaniu gra Franka bardzo mi się podobała, o czym świadczy fakt, że po meczu nawiązałem z nim kontakt, proponując powrót do Polski i grę w Legii. To był początek” - wspomina Strejlau. „Nie bez znaczenia było to, że Smuda będąc tak zwaną skałą dla naszych napastników, również wywarł wrażenie na Kazimierzu Deynie, który wspomagał mnie w rozmowach ze stoperem Hartfordu, namawiając do przejścia do Legii” - dodaje.
Smuda otrzymując propozycję gry w warszawskiej Legii wiedział, że wracając do Polski robi odważny krok. Mając jednak poparcie w osobach trenera Andrzeja Strejlaua oraz piłkarzy Kazimierza Deyny i Lesława Ćmikiewicza zdawał sobie sprawę, że ryzyko nie jest znowu tak wielkie. Mówiąc szczerze z takimi „plecami” mógł spodziewać się pewnego miejsca w drużynie.
„Tak jak uzgodniliśmy w Stanach, po przyjeździe do Polski zgłosił się do nas” - mówi ówczesny trener Legii Strejlau. „Franek był zawodnikiem bardzo nieustępliwym, twardym, bezwzględnym w grze jeden na jeden. W tym czasie mieliśmy bardzo silną drugą linię, którą tworzyli piłkarski geniusz Kazimierz Deyna i Leszek Ćmikiewicz. To była niezwykle doświadczona para, która grała w reprezentacji na największych piłkarskich imprezach. W Legii wzbogacona Stefanem Białasem tworzyła siłę napędową drużyny. Atak w składzie: Tadek Nowak, Władek Dąbrowski i Jan Pieszko tworzył piorunującą siłę uderzeniową. Właśnie kimś takim jak Franek, potrzebowałem wzmocnić linię obrony. On bardzo dobrze wkomponował się w drużynę, tworząc uzupełnienie dla pary stoperów: Tadeusza Cypki i Waldka Tumińskiego. Był wzorem pracowitości na treningach i, co bardzo istotne, poza wszelkimi podejrzeniami, bo już wtedy działy się cuda w naszej lidze. Mogłem na niego liczyć w każdej sytuacji. Był także bardzo przyjazny dla innych ludzi. Mogę powiedzieć, że miał dwa oblicza. Na boisku bezwzględny, poza boiskiem wzór cnót. Gdybym miał porównywać go z kimkolwiek to myślę, że najbliżej mu do Jacka Gmocha. Podobne piłkarskie charaktery, obaj zostali trenerami reprezentacji” - podsumowuje szkoleniowiec.
„To był bardzo prostolinijny człowiek, co miał na sercu od razu mówił. Może przez to nie zyskiwał przyjaciół, ale tym przekonał do siebie Kazimierza Deynę, z którym połączyła ich wielka przyjaźń. O ile pamiętam serdecznie związany był także z Tadeuszem Nowakiem. W tej trójce czuli się najlepiej” - wyjaśnia Strejlau.

Tworzyli zgrane trio, o czym w jednym z wydań „Naszej Legii” opowiadał Tadeusz Nowak. „Kazio za obiekt swoich żartów upodobał sobie szczególnie „Franza” - mówił „Ferrari”. „Dziś, po latach, trudno odtworzyć niektóre z numerów, ale szczególnie utkwiło mi, jak Kazik w tylko sobie wiadomy sposób włożył „Franzowi” do kieszeni marynarki... kilka łyżeczek do herbaty. Gdy wyszliśmy z hotelowej kawiarni, zdziwiony zapytał: Franz dlaczego chowasz łyżeczki do herbaty do kieszeni? Kradniesz je, jakbyś nie mógł sobie kupić. Smuda - bogu ducha winien - zrobił wielkie oczy i odpowiedział: co ty Kaziu za głupoty gadasz?'. No przecież widziałem, jak chowałeś łyżeczki do kieszeni - odpowiedział z marsową miną Kazik. Franek wsadził rękę do kieszeni marynarki i zdębiał, a jego twarz przybrała kolor purpury, gdy z kieszeni wyjął kilka łyżeczek. - Jak to się stało? - wykrzyczał zdumiony. - To ty nie wiesz, że kradłeś - podbijał bębenek Kazio. Franz może jesteś kleptomanem? - pogrążał onieśmielonego Smudę. Trzeba wtedy było widzieć Franka - tak zgłupiał, że nie był pewny czy rzeczywiście nie zabrał tych łyżeczek” - opowiadał Tadeusz Nowak.
Z przyjściem Franciszka Smudy na Łazienkowską wiązała się pewna anegdota. Wielu ludzi przekręcając nazwisko twierdziło, że drużynę Legii wzmocni obrońca Władysław Żmuda. Nie trzeba chyba nikomu interesującemu się piłką nożną przypominać, co w 1975 roku znaczyło nazwisko jednego z najlepszych stoperów w historii polskiej piłki Władysława Żmudy.
Pomimo tego, że w dniu debiutu Smudy-Żmudy, 2 listopada 1975 roku, warunki atmosferyczne raczej nie zachęcały do wychodzenia z domów (Warszawa tego dnia była spowita bardzo gęstą mgłą), to ściągnięci magnesem nazwiska kibice Legii tłumnie walili na ulicę Łazienkowską. Dodatkowego smaczku całej sprawie dodawało to, że Legia grała ze Śląskiem Wrocław, a więc klubem, w którym... grał Władysław Żmuda. Smuda debiut w Legii - pomimo niesprzyjającej aury - miał udany. Legioniści rozegrali bardzo dobre spotkanie, sprawiając tym miłą niespodziankę kibicom, którzy zasiedli na trybunach. Było trochę obaw, czy sędzia nie przerwie tego spotkania, ponieważ w pewnym momencie gęstość mgły tak się nasiliła, że z trybun nie było widać zegara odmierzającego czas. Na szczęście do niczego takiego nie doszło i cały mecz odbył się bez zakłóceń. Wynik 4:0 dla Legii odzwierciedlał to, co działo się na boisku, a bramek dla Legii mogło być więcej. Napastnikom Wojskowych stawał jednak na przeszkodzie doskonale dysponowany bramkarz Śląska Zygmunt Kalinowski.
Franciszek Smuda, pomimo tego, że z jego przyjściem do Legii wiązano wielkie nadzieje, nie przyniósł jednak szczęścia ani trenerowi Andrzejowi Strejlauowi, ani Legii. Drużyna grała w kratkę, zwycięstwa przeplatając porażkami i kończąc sezon w środku tabeli. Jakim Smuda okazał się wzmocnieniem, niech świadczy fragment tekstu z „Przeglądu Sportowego”, podsumowującego sezon piłkarski 1975/1976: „Ktoś, kto nigdy nie widział Legii na boisku, mógłby pomyśleć, że Legia ma znakomity atak i słabiutką obronę. Rzeczywiście obrona Legii nie jest najsilniejszą formacją tego zespołu - jak słusznie zauważył trener Andrzej Strejlau (...). Od wielu lat na Łazienkowską nie trafił żaden piłkarz - powiedzmy - reprezentacyjnej klasy. Trener Strejlau nie miał nawet zbyt wielu zawodników rezerwowych średniej klasy, nic więc dziwnego, że kłopoty, które nie omijały Legii, stawiały jej trenera przed problemami niemal nie do rozwiązania”.
Próżno było szukać nazwiska stopera Wojskowych w relacjach ze spotkań Legii, w których sprawozdawcy wyróżnialiby jego piłkarski kunszt. Jeżeli padało nazwisko Smuda, to raczej nie w kontekście dobrej gry.
„Największy niesmak wzbudził w nas jeden czyn warszawskiego stopera Smudy w 60. minucie. Prawdą jest, że warszawianin został sfaulowany przez Polaka, w niczym to jednak nie usprawiedliwia uderzenia w odwecie łódzkiego piłkarza w głowę” - czytamy w katowickim „Sporcie”, w relacji z meczu Legia - ŁKS (1:0), rozegranego 11 kwietnia 1976 roku w Warszawie. Swoją drogą ŁKS wybitnie nie leżał panu Franciszkowi, ponieważ w kolejnej relacji z meczu Legii - w której stoper Wojskowych został wyróżniony z nazwiska - dotyczącej spotkania ŁKS - Legia (3:2) z dnia 20 listopada 1976 roku, „Przegląd Sportowy” pisał: „Dobrze spisujący się Sobieski był bezradny, gdyż po strzale łódzkiego pomocnika Smuda zmienił kierunek lotu piłki i zmylił bramkarza Legii”.
Ostatni mecz Smuda rozegrał w barwach Legii w Bydgoszczy 27 sierpnia 1977 roku Zawiszą. W obecności 40. tysięcy widzów, po bardzo słabym spotkaniu, Legia przegrała 0:1. „Smuda nie trafił w piłkę na linii '16-tki', minął się z nią też Sobieski. Stypułkowski mając przed sobą pustą bramkę, tej szansy nie wykorzystał” - relacjonował „PS”. Wówczas Franciszek Smuda wystąpił tylko przez pierwsze 45 minut tego meczu. Jego czas na ulicy Łazienkowskiej nieuchronnie zmierzał ku końcowi. Trwała ofensywa młodzieży i stopera Smudę wypierał walczący o miejsce w pierwszym składzie Jerzy Szczeszak, tym samym czyniąc go niespełnionym odkryciem trenera Strejlaua.
Do historii przeszła związana ze Smudą anegdota. Franciszek Smuda dworując z gry piłkarzy Legii miał powiedzieć: „Jak ja czy 'Kici' graliśmy w Legii to było, że ho, ho...!”. Na co przysłuchujący się przechwałkom Franka Lucjan Brychczy ze spokojem zauważył: „Franiu w Legii to grałem ja, ty w niej tylko byłeś”. Zresztą Lucjan Brychczy, zapytany w 1999 roku w wywiadzie dla „Naszej Legii” o to, jak oceniał piłkarza Smudę, odpowiedział: - Należał do tych, o których w piłkarskim żargonie mówi się „elektryczny”, „drewniany”. Nie wyróżniał się niczym. Grał przeciętnie, nie błyszczał, ale też nie popełniał kardynalnych błędów.

Po przygodzie w warszawskiej Legii Franciszek Smuda ponownie wyruszył za Ocean, szukając szczęścia w klubach NASL. W Stanach spotkał swojego serdecznego przyjaciela z czasów pobytu przy ulicy Łazienkowskiej - Kazimierza Deynę. Grając w kilku zawodowych klubach, między innymi Los Angeles Aztecs i Orlando Stompers, zdołał zaoszczędzić kilkaset tysięcy dolarów. Do takich pieniędzy dochodził w żółwim tempie, a stracił je... w tempie iście sprinterskim.
W życiu każdego człowieka bardzo ważne jest to, by w odpowiednim momencie znaleźć się w odpowiednim miejscu i poznać odpowiednich ludzi. W Stanach Smuda spotkał menadżera zajmującego się sprawami jego przyjaciela „Kaki” - Tedda Miodońskiego. Miodoński, trzymając w ręku losy Kazimierza Deyny, był dla niego niczym troskliwa niańka. Decydował o jego wszystkich wzlotach i upadkach. „Kaka” bezgranicznie ufając Teddowi zezwolił mu obracać w swoim imieniu posiadanymi na koncie pieniędzmi, do czego również dał się Kazikowi namówić Franciszek Smuda. „Menedżer” bazując na ich niewiedzy, kusił obietnicami na wyrost, a dotyczącymi wysokich dochodów. Na początek proponował piłkarzom niewielkie wpłaty, by po kilku tygodniach zwracać pieniądze z wysokimi, na przykład pięcioprocentowymi odsetkami. Była to typowa przyn...
tags: #dluznik #cezary #lewczuk #swidnik