Artur Zieliński – komornik z Inowrocławia w ogniu krytyki


Gdańska archidiecezja utrudnia, jak tylko może, toczące się wobec niej postępowanie egzekucyjne.

Dla osób planujących zakup luksusowego, choć relatywnie niedrogiego auta szykowała się nie lada gratka. W połowie lipca br. w gdańskim sądzie zawisło ogłoszenie o licytacji czterech aut należących do tamtejszej archidiecezji. Zgodnie z planem, 26 lipca pod młotek miały pójść: roczny citroen c5 (cena wywoławcza 63,4 tys. zł), czteroletni volkswagen passat (40,1 tys. zł), dwunastoletnie bmw 525 (8,7 tys. zł) i - nieprzystająca klasą do pozostałych aut - pięcioletnia kia (16,7 tys. zł).

Potencjalnych nabywców zapewne elektryzowała świadomość, że z dwóch pierwszych samochodów korzysta na co dzień abp Tadeusz Gocłowski. Trzecim zaś jeździł ks. Zbigniew B., były kapelan arcybiskupa, niegdyś szef archidiecezjalnego wydawnictwa Stella Maris, dziś pierwszoplanowa postać jednej z najgłośniejszych w ostatnich latach afery.

Afera Wydawnictwa Stella Maris

O sprawie Stelli Maris pisaliśmy już dwukrotnie, dotąd jednak koncentrując się tylko na jednym z jej wątków - procederze wystawiania „pustych” faktur przedsiębiorcom i podmiotom gospodarczym z Wybrzeża.

Przypomnijmy, iż, zdaniem gdańskiej prokuratury apelacyjnej, byli szefowie wydawnictwa - ks. Zbigniew B. i Tomasz W. - przyjmowali zlecenia na usługi doradcze, za które Stella, zgodnie z dokumentami, inkasowała od kilkuset do kilku milionów złotych. W rzeczywistości usługi te nie miały miejsca, a na konto wydawnictwa nie wpływały żadne z tych pokaźnych sum. Transakcje miały papierowy charakter, a ich celem było pozyskanie przez „kontrahentów” Stelli nieewidencjonowanej gotówki. Szefowie wydawnictwa nie działali non-profit - zadowalali się trzy-, pięcioprocentową prowizją.

Warto też przypomnieć, że cały proceder nie byłby możliwy, gdyby Kościół katolicki w Polsce nie korzystał z przywilejów podatkowych. Firma świecka, nawet jeśli zdecydowałby się wystawiać lewe rachunki, od wyszczególnionych w nich kwot musiałaby zapłacić podatki. Stella była zwolniona z tego obowiązku, mogła zatem sprzedawać „puste” faktury, przynoszące zysk w postaci prowizji, bez konieczności dodatkowych nakładów ponoszonych w formie podatków.

Z ustaleń gdańskiej prokuratury wynika, że w latach 2001-2003 wystawiono łącznie sto takich faktur o wartości 65 mln zł.

Co się działo z pieniędzmi z prowizji? Media relacjonujące sprawę dyplomatycznie przemilczają tę kwestię. I tylko „NIE” sugeruje wprost, że tak pozyskana gotówka wspomagała budżet gdańskiej archidiecezji. Idąc tym tropem, wypada stwierdzić, że takie źródło zasilania było najwyraźniej niewystarczające. Skąd to przypuszczenie? Stella nigdy nie narzekała na brak zamówień - jej 120-osobowa załoga miała pełne ręce roboty, zwłaszcza przy okazji kolejnych kampanii wyborczych, zajmując się m.in. drukowaniem plakatów (także polityków z… SLD). A mimo to drukarnia notorycznie nie płaciła dostawcom za komponenty do produkcji i stale zaciągała kredyty bankowe. Dziś suma jej wierzytelności wynosi - według różnych szacunków - od 20 do 40 mln zł.

Zawieszone postępowanie egzekucyjne

Czy tak postępuje przedsiębiorstwo niemające problemów ze ściągalnością gotówki od zleceniodawców? Raczej nie… Tak czy inaczej z racji olbrzymich długów Stellą Maris zainteresował się komornik, Artur Zieliński z II Rewiru Komorniczego w Inowrocławiu. Jako że w czasie powstania niespłacanych należności drukarnia była częścią archidiecezji gdańskiej, majątek tej ostatniej stał się przedmiotem postępowania komorniczego.

Licytacja wymienionych samochodów nie doszła jednak do skutku. Na trzy dni przed jej terminem, decyzją Sądu Rejonowego w Inowrocławiu, postępowanie egzekucyjne wobec archidiecezji zostało wstrzymane na czas nieokreślony.

Z jakich powodów? - Archidiecezja złożyła u nas skargę na komornika, z dołączonym wnioskiem o zawieszenie postępowania komorniczego - wyjaśnia Wiesław Chabecki, prezes inowrocławskiego sądu, zastrzegając, że nie może ujawnić szczegółów skargi. Jego zdaniem, po wstępnym rozpoznaniu, jej treść „znacząco się uprawdopodobniła”. Chabecki niczego jednak nie przesądza do czasu ostatecznego rozpatrzenia skargi, co - jak mówi - „z uwagi na charakter sprawy musi nastąpić jak najszybciej”.

Co na to wszystko komornik? Najspokojniej w świecie poszedł na urlop. Widać, uodpornił się już na działania gdańskiej kurii, konsekwentnie utrudniającej toczące się wobec niej postępowanie komornicze. Po raz pierwszy Artur Zieliński wkroczył do siedziby archidiecezji w marcu br., wyposażony w dwa tytuły egzekucyjne wystawione przez sądy w Zielonej Górze i w Gdańsku.

Komornik Artur Zieliński

Komornik Artur Zieliński w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej"

Komornik kojarzy się zazwyczaj z bezlitosnym urzędnikiem, który wyrzuca biednych ludzi na bruk. Stereotyp ten obala Artur Zieliński, który udzielił wywiadu "Gazecie Wyborczej". Jako komornik Zieliński wsławił się egzekwowaniem długów wydawnictwa Stella Maris, należącego do Kurii Archidiecezjalnej w Gdańsku. Jak mówi, żyje w zgodzie ze sobą, swoimi zasadami i wiarą.

Zaznacza, że "nie wyrzuca" z mieszkań, a "eksmituje". I że nie zawsze jest to związane z finansami, bo zdarza mu się eksmitować psychopatów, którzy biją rodzinę. Zieliński wyjaśnia jednak, że w sytuacji, gdy rodziny nie stać na czynsz, przy eksmisji nie ma dzieci. Są wcześniej wysyłane do domów dziecka.

Komornik, spytany przez dziennikarza "GW" czy "tak ma wyglądać prawo?", nie ugina się. "Dobre pytanie, ale adresatami powinni być nieodpowiedzialni rodzice, którzy doprowadzają do takich sytuacji. Nie wywiązują się ze swojej roli. Dlatego sądy nie mają wyjścia i chroniąc te dzieci, kierują je do placówek."

Artur Zieliński zaprzecza też, jakoby wyrzucał rzeczy należące do eksmitowanych zwierzęta czy rzeczy. Te pierwsze kierowane są do schronisk, te drugie - skrupulatnie spisywane i albo oddawane dłużnikom, albo składane do depozytu. Czasem trwa to nawet kilkanaście godzin, bo nie można nic pominąć.

W wywiadzie komornik podkreśla też, że często eksmisja oznacza przeniesienie do lepszego miejsca - lokalu socjalnego. Z zawilgoconych melin do wyremontowanych pokoi - tak Zieliński określa część eksmisji. Jednocześnie zaznacza, że bywają sytuacje, których nie zapomina. Kiedyś eksmitował samotną kobietę, którą po długiej rozmowie zdołał przekonać, że może tak będzie lepiej. Kobieta nawet odczuła ulgę, ale następnego dnia niestety zginęła w wypadku. Mimo to, Zieliński nie czuje się w żaden sposób winny. "Każdy z nas wykonuje swoją pracę" - stwierdza komornik.

Dla komornika wyznacznikiem prawa jest wyrok z klauzulą wykonalności. "Nie badam słuszności jego wykonania, nie mogę go kwestionować. Podobnie jak administracja więzienia nie bada, czy skazany, który przybył odbyć karę, został skazany w sprawiedliwym procesie."

Zieliński opowiada też, że eksmisje bywają ciężkie - niektórzy nie mogą się z tym pogodzić i zdarzyło się kiedyś, że "siekiera świsnęła mu koło ucha". Nie pomaga nawet policyjna obstawa, bo komornik i tak zawsze jest na pierwszej linii ataku. Z drugiej strony, komornik mówi wprost: eksmitować da się każdego. "Nie ma eksmisji nie do przeprowadzenia."

Wyjątkowo trudna rozmowa w Sejmie . "Czy pani słyszy moje pytanie?", "Ja tu stoję"

Fundacja Jolanty Kwaśniewskiej „Porozumienie bez barier” wraz z Krajową Radą Komorniczą serdecznie zapraszają na IV Dzień Otwarty Komorników Sądowych, który w tym roku poświęcony jest przede wszystkim problemom seniorów, a odbywa się pod hasłem: „Bo jeden podpis może przekreślić drugą młodość”.

Logo Fundacji Jolanty Kwaśniewskiej

tags: #artur #zielinski #komornik #inowroclaw #wyborcza

Popularne posty: