Wojny śląskie, które przetoczyły się przez te tereny w XVIII wieku, przyniosły ze sobą nie tylko zmiany polityczne, ale także liczne incydenty, które na stałe wpisały się w lokalną historię. Jednym z takich wydarzeń, choć mniej znanym, jest tzw. "insurekcja węgierska" podczas II wojny śląskiej. Nie była to jednak tradycyjna insurekcja, lecz raczej akcja wspierająca wojska austriackie ze strony miejscowej ludności, która odczuła na sobie ciężar pruskiego panowania.
Po tym, jak Ślązacy, cieszący się przez wieki dużą autonomią, znaleźli się pod "twardym panowaniem Prus", szybko poczuli niechęć do nowego okupanta. Duże garnizony pruskie rozmieszczono w strategicznych miastach takich jak Opole, Racibórz i Koźle. Istniało realne zagrożenie odcięcia tych ośrodków przez oddziały węgierskie, co mogłoby doprowadzić do przejęcia inicjatywy przez wroga i odizolowania garnizonów.
Jednym z kluczowych momentów tej kampanii było działanie Hansa von Winterfelda, znanego pruskiego generała, który dowodził garnizonem w Raciborzu. Aby zneutralizować zagrożenie ze strony Węgrów, opuścił miasto i wyruszył w kierunku Koźla, by zorientować się w pozycjach i zamiarach przeciwnika. W tym samym czasie oddziały węgierskie, działające pod auspicjami armii austriackiej, błyskawicznie zajęły strategiczne punkty, w tym Gliwice, Koźle i Strzelce Wielkie. Z późniejszych raportów wynikało, że była to dobrze zorganizowana akcja, w której aktywnie uczestniczyli mieszkańcy, niechętni pruskiemu panowaniu.
Nocą z 10 na 11 kwietnia 1745 roku oddziały von Winterfelda zgromadzone pod Koźlem przekroczyły Odrę i skierowały się w stronę Ujazdu. Plan zakładał wysłanie jednego batalionu w kierunku Strzelec w celu odzyskania miasta. Jednocześnie z Opola wyruszyły trzy szwadrony huzarów i jeden batalion grenadierów pod dowództwem majora von Herzberga, również z celem zdobycia Strzelec. Pruska husaria, dowodzona przez hrabiego Hyacintha von Malachowskiego, maszerowała w tym czasie na Ujazd. W Sławięcicach natknęli się na wrogi oddział zwiadowczy, który szybko pokonali. Węgrzy, dowiedziawszy się o nadciągających siłach pruskich, opuścili Ujazd, choć ponieśli spore straty.

Sytuacja pod Strzelcami okazała się jednak bardziej skomplikowana. Silne ugrupowanie węgierskie, dysponujące armatami, okopało się w mieście i nie zamierzało się wycofywać. Stawiło czoła nadciągającym z Opola oddziałom majora von Herzberga. Zanim doszło do bezpośredniego starcia, oddział maszerujący z Opola musiał przebić się przez siły węgierskie pod Nakłem. Zaatakowani Prusacy uformowali prostokąt i, ostrzeliwując się nieustannie, maszerowali w kierunku Strzelec.
Do decydującej bitwy pod Strzelcami doszło 11 kwietnia, gdy oddziały von Herzberga dotarły niemal do samego miasta. Węgrzy zaatakowali ze zdwojoną siłą, a na Prusaków spadł grad pocisków armatnich. Odgłos kanonady dotarł nawet do odleglejszych jednostek. Szybkie, konne oddziały skierowały się w kierunku walki i 1,5 kilometra na północny-zachód od Strzelec natknęły się na bitwę, która przechylała się na korzyść Węgrów. Szybki atak huzarów Małachowskiego załamał węgierską obronę, a szarża huzarów z Opola na prawe skrzydło rozcięła oddziały obrońców na dwie części. Część Węgrów próbowała wycofać się do miasta, co okazało się fatalną decyzją. Napotkali na otaczające Strzelce leśne bagniska, które pochłonęły ponad 100 żołnierzy - liczbę porównywalną do strat poniesionych w samej bitwie (120 zabitych).
Po stronie pruskiej również odnotowano liczne ofiary. Ranny został m.in. pułkownik Hyacinth von Malachowski, dowódca huzarów. Jego rany okazały się tak poważne, że zmarł kilka dni później, 17 kwietnia, i został odpowiednio uhonorowany w Berlinie aż do 1945 roku.

Niewielka grupka pokonanych żołnierzy węgierskich próbowała ukryć się w lasach. Większość szybko wyłapano, jednak dwóm szeregowcom i jednemu oficerowi udało się uniknąć schwytania, mimo dwudniowych poszukiwań. Później znaleziono w okolicach szymiszowskiego zamku zwłoki oficera i jednego żołnierza. Nie wiadomo, czy zginęli od odniesionych ran, czy też zostali zabici przez towarzysza broni, który miał ku temu wyraźny powód. Cała grupa bowiem zbiegła z kasą pułku, zawierającą zaległy żołd. Suma musiała być znacząca, mogła zawierać złoto i srebro.
W 1906 roku, podczas przebudowy szymiszowskiego kościoła, jeden z robotników znalazł na wieży lipową deskę. Wyryto na niej szkic terenu, prawdopodobnie okolic zamku, z niezrozumiałymi napisami. Jak się później okazało, były to napisy w języku węgierskim oznaczające "skarb-pieniądze". Obok strzałki wskazującej na drzewo, narysowano sylwetkę zwierzęcia, przypominającego lisa. Sugerowało to, że kasa wojskowa mogła zostać zakopana w lisiej norze. Obok widniała data - 11 kwietnia 1745 roku.
Pytanie, czy węgierski skarb nadal spoczywa zakopany gdzieś w Szymiszowie, pozostaje otwarte. Od opisywanych wydarzeń minęło ponad 250 lat. Na terenie wsi przybyło domów i najprawdopodobniej przy budowie któregoś z nich odkryto niespodziewany prezent z przeszłości. Szkic, jaki posiadamy, jest bardzo niedokładny, dlatego nie zostanie tutaj zamieszczony, aby nie prowokować poszukiwaczy skarbów i nie zakłócać spokoju mieszkańców.
tags: #elzbieta #cedzich #zabrze #dluznik